czwartek, 23 lipca 2009

kapelusz słomkowy zamiast parasolki!


Nie mam czasu na nic… a to wszystko przez Magdę :P w poniedziałek, zaraz po pracy poszłyśmy do Auchan (Hiszpanie mają manię zmieniania wszystkich nazw, nawet miejscowych i tak Auchan nazywa się tu Alcampo…) no więc poszłyśmy kupić mi żelazko, a wróciłyśmy obładowane :D Na początku śmiałam się z Magdy, że po co jej taka duża torba, a ona mi na to, że na zakupy. Ja zaś pokazałam jej swoją małą torebeczkę, mówiąc, że specjalnie taką wzięłam, żeby za dużo nie nakupować… ale znalazłam wyjście z tej sytuacji - kupiłam plecak :D więc wróciłam z Auchan z nowym śliczniutkim żelazkiem (wiem wiem… typowo damskie podejście - nie patrzę na moc, ale na śliczniutki fioletowy kolor :D ale szczerze, to po prostu wzięłam najtańsze - całe 8,9 €). Dodatkowo kupiłam bikini z przeceny (bo stare za dużo zakrywało i bym się nie opaliła - ale i tak się nie opalę, bo jestem w Galicji, a tu zamiast bikini to kalosze by się przydały!) no i mam też nowy plecak, ale tu już nie patrzyłam na kolor (bo był tylko jeden więc nie miałam wyboru), ale na użyteczność. Jest on plecakiem do wędrówek, ma stelaż, milion szelek i pasów podtrzymujących i nawet specjalnie na tutejsze warunki, pokrowiec przeciwdeszczowy.

Wracając zahaczyłyśmy o bar i kupiłyśmy sobie po lampce wina - to niesamowite, ale to kosztuje 1,4 € - a w Polsce… ceny są bez porównania. Nie znajdzie się lampki nawet najgorszego wina za 1,4 zł, nawet przeliczając (czego nie można robić!) nie znajdzie się dobrego wina w barze za 6 zł!

Później wpadłyśmy jeszcze na chwilę do Madzi, a następnie do domu… przed północą.

Wtorek zaczął się od… deszczu :D to właśnie jest Santiago!
Ale oczywiście z dzieciakami pojechaliśmy na plaże! Aż tak wielkiej przesady nie było i się nie kąpaliśmy, bo wiało jak podczas sztormu, ale za to grałam w piłkę nożną w deszczu. Dzieciaki grają razem z nauczycielami - i Ci hiszpańscy nauczyciele śmiali się ze mnie, że Bońkiem jestem :) ale jak strzeliłam gola (4:3 dla mojej drużyny) to przestali się śmiać :D


Po powrocie do domu miałam całe pół godziny na ogarnięcie się, bo znowu z Madzią do Auchan poszłyśmy :D kupić upatrzone dzień wcześniej buty górsko-zimowe, tyle, że tym razem wzięłyśmy skarpetki, aby je przymierzyć!! Niestety na butach się nie skończyło.. W sumie czy ja wiem, czy “niestety” :D poza tym kupiłam drugą parę butów (sandałów) i uwaga: 4 kapelusze słomkowe :DDD dla nas i dla Agi i Jacka ;) i tak w tych kapeluszach, podczas deszczu szłyśmy sobie przez całe miasto, prosto do solenizantki na party urodzinowe dla całych 4 osób :D oczywiści, mimo, że Madzia jest Panią z Informacji turystycznej, nie bardzo wiedziałyśmy gdzie iść, ale co to - koniec języka za przewodnika i dotarłyśmy!

Aga z Jackiem od niedawna mieszkają w innym akademiku, niż przez cały okres studiów w Santiago. Ich akademik to stary szpital, więc dziwnie się człowiek czuję jak tam wchodzi… ale ogólnie pokój jest bardzo przytulny. Mają 2 szafy (tak jak ja :D) i dużeee łóżko, na którym się fajnie ląduje.
Jak na prawdziwym party było dużooo jedzenia i picia i wszystko ładniutko przygotowane ;) Aga stwierdziła, że bardzo lubi gotować jak ją pochwaliłyśmy, a Jacek skwitował to tylko słowami: kochanie, powinnaś częściej mieć urodziny :D
Wszystko było pyszne - i uwaga: nawet papryka mi nie przeszkadzała w tapas!!!


Przed godziną 3 stwierdziliśmy, że idziemy na miasto... co tam, że wszystko o 3 się kończy... nam to wcale nie przeszkadzało! :)

Nie wiem jak to się dzieje, ale rozmawiamy ze sobą jak starzy znajomi, co więcej, każdy ma tyle do powiedzenia, że trudno się przekrzyczeć! Znam tą 3 niecały tydzień, a wiem, że będę bardzo za nimi tęsknić!

Również nie wiem jak to się dzieje, ale nawet ta pogoda aż tak strasznie mi nie przeszkadza.. Nie zdycham z gorąca i mam o czym opowiadać - bo chyba nigdzie nie jest tak zimno i mało wakacyjnie jak u mnie - a to w końcu Hiszpania!! Mam nadzieję, że nie będę tu tak odczuwać braku słońca jak w Polsce, i że nie będę tak bardzo pogodowo-humorowo-zależna - jak to w przeszłości bywało! I że zawsze w deszczu będę potrafiła się tak cieszyć! :) no i jeszcze komarów i robali tyle nie ma co w Polsce!

Środa w pracy była mega senna… ponieważ spałam całe 4 godziny, a do tego cały dzień padało… z resztą nadal pada… ja chcę kaloszeeeeeeeeee! Po pracy przyszedł czas na wyczekiwaną drzemkę, z której to wyciągnęła mnie Magda przychodząc w odwiedziny. Siedziałyśmy jak takie 2 głupki, gadałyśmy o niewiadomo czym, i w sumie to częściej się nie rozumiałyśmy i tylko co chwilę było: “co??” jakiś taki zamulony dzień. A może to przez ten kaloryfer… tak!! Dziś włączyłam kaloryfer w pokoju, aby wysuszyć buty które to mi całkowicie przemokły!

Eee czas spać, bo już nie wiem o czym piszę!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz